Grzeszą, popełniają świętokradztwo i proszą papieża o błogosławieństwo?

Jezuici w odpowiedzi na decyzję Lutra: „Zbudujemy Kościół na rodzinie” postanowili: „zbudujemy Kościół na celibacie!” Czy papież, nawet jeśli jest Franciszkiem i nadzieją tracących nadzieję, podetnie gałąź na której siedzi? Kościół rzymski jest zbudowany na celibacie! Podważając celibat, podważa się jego najmocniejszy fundament.

Media przeszył dreszczyk: „Kochanki księży piszą do papieża”, „Kobiety zakochane w księżach”, „Zakochane w księżach”- to tylko niektóre tytuły komentarzy do listu włoskich kobiet żyjących i pragnących żyć w związkach z księżmi katolickimi! A to ma związek z celibatem!

Celibat, jak wiadomo (z Biblii) jest wymogiem instytucji kościelnej, a nie Pana Boga. Na pierwszych stronach Biblii znajduje się jednoznaczna informacja, że wzorcem życiowym jest małżeństwo, czyli związek mężczyzny i kobiety - na wyłączność. Celibat jest jedynie potwierdzeniem tej reguły. Celibatariuszem był z pewnością Jezus, Jan Ewangelista i Paweł Apostoł. Niewątpliwie ci trzej byli zdrowymi i dojrzałymi mężczyznami. Sami zdecydowali się na celibat i przeżywali go w zdrowy sposób. Byli twórczymi, pełnymi pasji ludźmi. Kochali, chociaż nie uprawiali seksu (w znaczeniu biblijnym seks małżeński jest fizycznym wyrazem miłości). Wrogowie posądzali Jezusa nawet o związki z diabłem, ale nigdy nie oskarżyli go o najmniejszy grzech seksualny. To ważna informacja! Pozostali, najbliżsi współpracownicy Jezusa, łącznie z Piotrem, jako liderem Dwunastu, mieli żony i dzieci. Rodzina jest wzorem do naśladowania, bo w rodzinie kwitnie miłość i sprawdza się miłość, a miłość jest sednem chrześcijaństwa! Stąd też pierwotny Kościół był rodziną rodzin! Inni patrząc na nich mówili: „Patrzcie jak oni się kochają!” To znaczy: jak się cenią, szanują, wspierają, troszczą wzajemnie o siebie.

Każdy Żyd miał obowiązek ożenić się i przekazać życie. Obowiązek ten wynika z nakazu Bożego: „Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną (Genesis 1,28). Jedynym usprawiedliwieniem dla celibatu mogło być całkowite („24 h na dobę”) poświęcenie się studiowaniu Tory. Celibatariusz, który śpi, je i tyje kwestionuje swoje istnienie! Kogo taki kocha? Stary Testament miał trzech celibatariuszy. Jedynie trzech – proroków: Jeremiasza, Eliasza i Elizeusza. Tylko trzech na przestrzeni czterech tysięcy lat! Ta norma przeszła do Kościoła Nowego Testamentu. Około roku 60 po Chr. Paweł udzielił nowopowstającym Kościołom takiej instrukcji: „Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, trzeźwy, umiarkowany, przyzwoity, gościnny, dobry nauczyciel (1Tym 3,2). I uzasadnia: „Bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży?” (1 Tym 3,5). Prosta, jasna zasada. Ten sam wymóg dotyczył diakonów (czyli ekonomów kościelnych troszczących się o materialną i praktyczną stronę życia wspólnoty kościelnej) oraz „starszych” czyli duchownych, których odpowiednikami dzisiaj mogliby być księża i pastorzy pomocniczy (zob. Tyt. 1,6). Zdaniem Pawła (celibatariusza z własnego wyboru), ci, „którzy zabraniają zawierania związków małżeńskich”, to ludzie „uwiedzeni obłudą kłamców, naznaczonych w sumieniu piętnem występku” (zob. 1 Tym 4,2-3). Za tym stwierdzeniem stoi autorytet Boga. Sprawa robi sie poważna, jeśli z celibatu i bezżenności robi się normę, której nie ma w Biblii.

Nic dziwnego, że wielu z tych, którzy zostali złapani w pułapkę celibatu, nie są w stanie sprostać jego wymaganiom. Bardzo młodzi ludzie (chłopcy i dziewczęta), pełni ideałów, niedojrzali uczuciowo i emocjonalnie, pochodzący z dysfunkcyjnych rodzin, pozwalają zastawić na siebie pułapkę celibatu z nadzieją (hodowaną przez kościelnych przełożonych i seminaryjnych wychowawców), że łaska Boża przyjdzie z pomocą w trudnościach. Tym czasem łaska nie przychodzi, a trudności nie ustępują. Bóg nie błogosławi, bo nie może zaprzeczać sam sobie. Nierozwiązane problemy żyją zaś swoim życiem i szydło z worka musi wyjść prędzej czy później, np. w formie depresji. Kiedy niektórzy z takich „celibatariuszy” dojrzeją do wyboru – jest już za późno. Klamka zapadła! Śluby święte, święcenia kapłańskie już się odbyły! „Celibatariusz” jest zdany na łaskę i niełaskę przełożonego, biskupa, papieża, który ma nad nim praktycznie absolutną władzę. Chyba, że dojrzeje jako mężczyzna (kobieta) i autentycznie zakocha się! To może spowodować (nie musi) życiową zmianę i progres.

Dlaczego Kościół rzymski nie chce zgodzić się na żonatych księży? Zwykle podnoszony jest aspekt finansowy, nie bez racji. Istotniejszym, zdaje się, jest ten, że żonaty mężczyzna i ojciec będzie bardziej troszczył się o rodzinę niż o potrzeby biskupa. Nie jest tak dyspozycyjny i uległy jak celibatariusz. Podwładnym celibatariuszem łatwiej sterować i rządzić. Zwłaszcza jeśli jest niedojrzałym mężczyzną, a często tak właśnie jest.
Apel nieformalnych żon księży rzymskokatolickich do papieża i chętnych pań by się nimi stać, jest chybiony. Co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że gdyby Kościół rzymski zniósł obowiązek celibatu, to musiałby runąć. Przynajmniej w takiej formie w jakiej funkcjonuje dzisiaj. Kościół znany z Biblii jako rodzina rodzin, daje szansę na zdrową, owocną miłość i służbę, ale nie koniecznie na władzę i przywileje. Po drugie apel faktycznych choć nieformalnych żon księży (z listu wynika, że są i takie wśród nich) mija się z celem. Małżeństwo jest czymś tak naturalnym dla mężczyzny i kobiety, że chodzenie do biskupa z prośbą o pozwolenie na ślub jest nieporozumieniem. Tak na marginesie wspomnę, że prawna forma zawarcia małżeństwa została wprowadzona dopiero przez Sobór Trydencki (1545-1563). Do tego czasu małżonkowie zawierali ślub „przed kościołem” w tym znaczeniu, że narzeczeni prezentowali się przed wejściem do budynku kościelnego, prosili o modlitwę i oznajmiali (zebranym a nie księdzu), że są małżeństwem. Od tego czasu byli traktowani przez społeczność jako małżeństwo. Tutaj warto dodać, że prawo rzymskie zawiera klauzulę, że jeśli mężczyzna i kobieta są ze sobą, mieszkają, mają dzieci, to z prawa naturalnego faktycznie są małżeństwem. Urząd państwowy może jedynie potwierdzić ten fakt. I to oddaje prawdę. Małżeństwo jest czymś tak naturalnym i podstawowym, że zgoda czy niezgoda urzędników nie ma tu znaczenia. Inną sprawą jest wzajemna odpowiedzialność za siebie i decyzja wyrażona w ślubowaniu sobie wobec Boga i społeczności. Na Soborze Trydenckim została też ostatecznie ustalona lista sakramentów obowiązujących w Kościele rzymskim. Dyskusja o małżeństwie toczyła się jednak dalej. Forma kanoniczna zawierania małżeństwa w obecnym kształcie i w całym Kościele rzymskim obowiązuje od… 1907 roku! Przez całe wieki nie było w Kościele czegoś takiego jak sakrament małżeństwa. Zresztą w Kościołach ewangelicznych nie ma takiego „sakramentu” do dzisiaj. Istnieje natomiast zwyczaj błogosławienia małżonków.

Kobiety, które uważają się za katoliczki a żyją w nieformalnych związkach z księżmi (celibatariuszami), czyli z tymi, którzy przyrzekali/ślubowali bezżeństwo i wstrzemięźliwość seksualną, ni mniej ni więcej tylko informują papieża, że żyją w notorycznym grzechu. I to nie byle jakim grzechu. To grzech śmiertelny. To świętokradztwo! Celibatariusz katolicki jest przecież wyłączony z grona zwykłych wierzących (świeckich) i poświęcony/przeznaczony do wyłącznej bożej służby! Jednocześnie te kobiety oczekują od papieża by pobłogosławił te związki. Jest to co najmniej dziwaczne. Napisały m.in.: „Pozostają nam tylko dwie możliwości: albo ten ksiądz musi porzucić swoją posługę, albo związek musi trwać w ukryciu". Co za wybór! A przecież nie ma dwóch możliwości! Nawet jeśli porzuci posługę, to pozostanie „kapłanem” do końca wieczności (niezatarte znamię), a jeśli związek ma trwać w ukryciu, to będzie sprzeniewierzeniem się powołaniu i podwójnym życiem. Nie tędy droga do wolności i normalności! Zresztą, co ten biedny papież - Jezuita z krwi i kości - ma począć? To właśnie Jezuici w odpowiedzi na decyzję Lutra: „Zbudujemy Kościół na rodzinie” postanowili: „zbudujemy Kościół na celibacie!” Czy papież, nawet jeśli jest Franciszkiem i nadzieją tracących nadzieję, podetnie gałąź na której siedzi? Może nawet się spotka i porozmawia, co byłoby ciekawe. Media szalałyby z ekstazy! Ale czy może móc coś zmienić? Kościół rzymski jest zbudowany na celibacie! Podważając celibat, podważa się jego najmocniejszy fundament.

Którędy więc iść? Polecam studiowanie Biblii – ona daje wskazówki do życia w wolności, szacunku do siebie, do innych, uczy czym jest miłość, a czym nie, pokazuje standardy, jakimi Kościół winien się kierować. Jeśli zaś jakikolwiek Kościół zwie się chrześcijańskim, a mija się z prawdą Biblii dorzucając to i owo, albo ujmując coś z niej, to warto się zastanowić: czy można/należy pod tym się podpisywać? Czy reprezentować sobą taką instytucję Czy jako nieformalna żona formalnego księdza, chcę żyć podwójnym życiem? Czy chcę żyć w zamieszaniu? Czy nie powinnam poszukać innych rozwiązań na życie? Jakim mężczyzną jest mój wybranek, skoro zgadza się na podwójne życie i nie potrafi się opowiedzieć uczciwie po żadnej ze stron? Czy to jest rzeczywiście miłość, która daje poczucie bezpieczeństwa, wolność, pokój, ciepło i wzór dla żony i dzieci? Co w takiej zagmatwanej sytuacji przekażę moim dzieciom? Jakie wartości może zaoferować światu moja rodzina, jeśli kłamstwo i udawanie jest na porządku dziennym? Do czego to wszystko mnie/nas zaprowadzi?

No i jeszcze pytanie do „niego”: czy człowiek z krwi i kości, pełnoletni od dawna mężczyzna, nie powinien wreszcie żyć własnym życiem i podejmować samodzielne decyzje, zamiast błagać instytucję o pozwolenie na życie?
Dobrej rady wszystkim petentom występującym do instytucji kościelnej, udziela Eugen Drewermann, niemiecki ksiądz w książce „Kler”. Mówi tak (parafrazuję): jeśli chcesz żyć swoim życiem i w zgodzie z własnym sumieniem, jeśli chcesz się uwolnić od tej instytucji i nie chcesz chodzić na smyczy instytucji kościelnej, to nie chodź do niej i o nic nie proś. Bo dopóki do niej chodzisz i prosisz, to potwierdzasz jedynie jej ważność i swoją od niej zależność.
Trwa ładowanie komentarzy...